Blog > Komentarze do wpisu

Długie ramię prawa?





Było tuż po godzinie 6.00 dnia 4 kwietnia 1968 roku. Martin Luther King, Jr., stal na balkonie drugiego piętra motelu Lorraine w Memphis, gdy nagle kula snajpera przeszyła popołudniowe powietrze. W jednej chwili wesoło przekomarzający się ze swoim kierowcą King padł na posadzkę, a kałuża krwi rozlała się dookoła jego głowy. Kilka minut później przywódca walki o prawa obywatelskie już nie żył.

Rzekomym zabójcą, schwytanym parę miesięcy później, był James Harł Ray, drobny opryszek, który wcześniej nie wykazywał zdolności do żadnego przestępczego przedsięwzięcia bardziej wymyślnego od napadu na stację benzynową czy ucieczki z więzienia. W wyniku umowy między jego obrońcą a oskarżeniem (prokuraturą) Ray przyznał się do winy i otrzymał wyrok dziewięćdziesięciu dziewięciu lat więzienia. Jednakże potem odwołał swoje zeznania, utrzymując, że jest niewinny. Od tej pory powtarza (bez powodzenia) próby zmierzające do przeprowadzenia ponownego procesu.

Czy Ray rzeczywiście zabił Martina Luthera Kinga? Dwie i pół dekady po tym wydarzeniu pewne dowody zdają się potwierdzać główne twierdzenie Raya, że to nie on oddał śmiertelny strzał. Informacje jakie wiemy o owym pamiętnym dniu w Memphis, w sposób dosyć dramatyczny kieruje podejrzenia w inną stronę.

W ciągu dni i godzin prowadzących do zabójstwa Kinga, niezwykła fala agentów rządowych, informatorów, żołnierzy i szpiegów dyskretnie wmaszerowała do Memphis. Ich zadania do dziś pozostały niejasne - dokumenty rządowe, które mogłyby rzucić światło na tę sprawę, są w dalszym ciągu utajnione.

Jednakże jest pewne, że nic byli oni szczególnie zainteresowani w zapewnieniu Kingowi odpowiedniej ochrony. Jego coraz głośniej artykułowana opozycja wobec wojny w Wietnamie i docieranie do zbiedniałych białych zaczynały wywoływać obawy przed rewoltą na większą skalę. Wywiad wojskowy, który przez dziesiątki lat szpiegował Kinga, uważał go za wywrotowca i być może komunistę. Teraz oni szykowali się do przygotowania planów, które mogłyby zaburzyć rozkład zajęć Kinga, zwłaszcza jego zbliżający się marsz na Waszyngton, określony w panikarskim raporcie wywiadowczym Pentagonu jako niszczycielskie rozruchy społeczne, których jedynym celem jest obalenie rządu Stanów Zjednoczonych. King był krajowym odpowiednikiem nieprzyjaciela zwalczanego za oceanem: „Murzynem, który wielokrotnie głosił posłanie Hanoi i Pekinu".




Wbrew temu wojennemu kontekstowi King wrócił do Memphis, zapowiadając ponowne zorganizowanie pokojowego marszu w obronie strajkujących pracowników służb oczyszczania miasta. W poprzednim tygodniu wiec Kinga, który się tam odbył, przerodził się w zamieszki, w wyniku których sześćdziesiąt osób zostało rannych, a jedna straciła życie.

Inspirowane histerycznymi przeciekami dyrektora FBI J. Edgara Hoovera media określały teraz powrót Kinga jako próbę generalną przed zamieszkami i grabieżą w Waszyngtonie.

Na scenie pojawili się ukradkiem agenci federalni, zachowując się tak, jakby wypowiedzieli Kingowi wojnę:

•    Wyprzedzając wizytę Kinga, 20 Grupa Sił Specjalnych Armii, stacjonująca w Alabamie, wysłała żołnierzy z jednostek Zielonych Beretów do wielu miast Południa włącznie z Memphis. Ich misja: przygotowanie map ulic, rozpoznanie stref lądowania dla jednostek do zwalczania rozruchów i wyszukiwanie pozycji dla snajperów - podobno po to, aby stłumić niepokoje społeczne. Jednakże grupa ta była naszpikowana weteranami Grupy Operacji Specjalnych, którzy w Wietnamie współpracowali z CIA przy tajnych akcjach, włącznie z zabójstwami. Według pewnego byłego majora kontrwywiadu wojskowego cytowanego przez Memphis Commercial Appeal: „Nie można było wpuścić z powrotem do Stanów tej całej masy zwariowanych facetów, ponieważ nie potrafili oni zapomnieć swojego wyszkolenia". Tak więc armia „wrzuciła" ich do 20 Grupy Sił Specjalnych w Birmingham. ..Rolnicze Południe było wewnątrz kraju - powiedział major - i niekiedy sprawy wymykały się spod kontroli". Ku-Klux-Klan stał się krajową siecią wywiadowczą 20 Grupy, określaną jako „Specjalne Siły Klanu".

•    Według danych wojskowych uzyskanych w 1993 roku przez Memphis Commercial Appeal, 3 kwietnia agenci ze 11 1 Grupy Wywiadu Wojskowego przybyli do

Memphis, gdzie śledzili „ruchy Kinga i monitorowali informacje przekazywane drogą radiową z sedana naszpikowanego sprzętem elektronicznym".

•    Według Commercial Appeal w dniu zabójstwa Kinga również przebywało w Memphis „ośmiu żołnierzy Zielonych Beretów z Oddziału Operacyjnego Alfa wykonujących nieznaną misję".

•    Według ówczesnego policyjnego detektywa z Memphis, Eda Rcdditta, półtorej, nie więcej niż dwie godziny przed zabójstwem, został on wezwany ze swojego stanowiska dowodzenia przyległego do motelu Lorraine i szybko odwieziony do komendy policji. Rcdditt był jednym z zaledwie dwóch funkcjonariuszy przydzielonych do ochrony Kinga. W biurze szefa policji „wyglądało to jak Kolegium Szefów Połączonych Sztabów" - powiedział później autorowi, Markowi Lane'owi. „W tym pokoju, tuż przed zamordowaniem Kinga, znajdowali się szefowie razem z zastępcami, jak mi się wydaje, każdej organizacji organów porządkowych na tym obszarze... Szeryf, patrol drogowy, wywiad wojskowy, gwardia narodowa. Niech pan to nazwie po swojemu".

Rcdditta przedstawiono agentowi Secret Service, który twierdził, że przyleciał z Waszyngtonu, aby ostrzec detektywa, iż pewna grupa w Missisipi dąży do pozbycia się go. Reddittowi, który był Amerykaninem afrykańskiego pochodzenia, polecono opuścić swoje stanowisko i udać się do domu. Jak się dowiedział wiele lat później, rzekoma groźba śmierci okazała się fałszywym alarmem.

•    Pierwszą osobą, która znalazła się przy śmiertelnie rannym Kingu, był Marrell McCullough, rzekomo czarny radykał, lecz w rzeczywistości gliniarz w cywilu obserwujący otoczenie pastora dla policji z Memphis i FBI. Zdaniem Marka Lane'a krótko po zabójstwie McCullough pracował również dla CIA.

•    Zachowanie policjantów mogło wydawać się podejrzane. Szef policji i straży pożarnej w Memphis usunął dwóch czarnych strażaków stacjonujących w remizie przylegającej do motelu Lorraine. Remiza ta, Stacja 2, stała się miejscem, z którego detektyw Redditt nadzorował i chronił Kinga aż do momentu, gdy został ściągnięty z tego stanowiska.

Według dokumentów FBI, Biuro słyszało mniej więcej o około pięćdziesięciu groźbach zabicia Kinga; ostatnią odebrano na trzy dni przed jego śmiercią. Mimo sygnałów ostrzegawczych miejscowa policja wycofała swoje jednostki taktyczne na odległość kilku przecznic od motelu Kinga. Nie zablokowała też ulic ani nic rozesłała do jednostek wyczerpującego biuletynu po zamachu. W rezultacie zabójca - albo zabójcy - miał otwartą drogę ucieczki.



piątek, 11 czerwca 2010, frutas2010

Polecane wpisy